Minął pierwszy rok mojej pracy.
Po wakacjach nasz ośrodek wraca do normalnego rytmu. Ustalamy nowy plan zajęć, nowe odpowiedzialności, mamy też nowego uczestnika.
Już chyba nie jestem nowym pracownikiem, choć wciąż w moim zespole jestem najmłodsza stażem.
Nie popadłam jeszcze w rutynę, jeszcze nie straciłam entuzjazmu ;)
Nie da się jednak ukryć, że istnieje ogromna powtarzalność w tym, co nasze osoby mówią, o co pytają, czym się emocjonują, czym denerwują, czego boją, o czym rozmawiają między sobą. Czasem bez wątpienia można poczuć się jak w filmie "Dzień świra" (wrażenie to pewnie rośnie wraz z wydłużającym się stażem pracy).
Dziś podczas zajęć ze sztuki jeden uczestnik przez kilkanaście minut wymieniał imiona wszystkich członków swojej rodziny - bliższych, dalszych i bardzo dalekich, opisując przy tym relacje zachodzące między nimi.
Robił to z taką pasją, że początkowo nie miałam sumienia mu przerywać (w końcu to zrobiłam, bo nie wiem, ile jeszcze mogłoby to potrwać).
Najzabawniejsze było jednak to, z jakim zainteresowaniem słuchała go jedna z uczestniczek, z jaką dokładnością powtarzała imiona i skomplikowane rodzinne koligacje.
On: Potem jest wujek Bogusław, mąż cioci Haliny.
Ona: Bogusław czyli Boguś.
On: Tak, Boguś.
Ona: Aha, Boguś, mąż cioci Haliny.
On: W rzeczy samej. Potem jest wujek Zygmunt z żoną. On jest lekarzem.
Ona: Aha, Zygmunt jest lekarzem. A żona?
Poziom abstrakcji rozmów naszych uczestników już nieraz rozłożył mnie na łopatki.
Mimo wspomnianej wyżej powtarzalności, nie da się z nimi nudzić :)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz